Serbia – Nisz- 27-30 maj 2014

Pod koniec maja miałam okazję odwiedzić Serbię. Zostałam tu wysłana przez moją uczelnię, aby wziąć udział w konferencji naukowej. Razem ze mną była jeszcze moja koleżanka, która tak jak ja robi doktorat na katedrze Fizyki i Biofizyki. Na miejsce dotarłyśmy samolotem do Belgradu, skąd jeszcze miałyśmy ponad 200 km do miejscowości Nisz gdzie odbywała się konferencja. Tydzień przed naszym przyjazdem Serbię nawiedziła powódź, która była największą powodzią na tym obszarze od 120 lat. Miałyśmy pewne obawy co do przyjazdu w te rejony w takiej sytuacji. Jednak nasza docelowa miejscowość leżała na południu Serbii i organizatorzy zapewnili uczestników, że nie  mamy się czego obawiać. Przez środek miejscowości w której mieszkałyśmy płynie rzeka Niszawa. Poziom rzeki w momencie naszego przyjazdu był dosyć wysoki, ale w ciągu kolejnych dni naszego pobytu sukcesywnie się on obniżał. Mogłyśmy obserwować to na bieżąco, nasz hotel usytuowany był nad samą rzeką.

Dzień pierwszy-  postanowiłyśmy trochę zwiedzić centrum miasta. Miasto naprawdę ładne, jednak kiedy odchodzimy dalej od głównych ulic pokazują się tutaj budynki wyglądem przypominające te za czasów PRL w Polsce. Jednak to co muszę powiedzieć o tym kraju to to, że warto go zwiedzić, jest tutaj mnóstwo rzeczy do zobaczenia, no i nie mogło też zabraknąć McDonalda :-p .

Czas na zwiedzanie minął, trzeba iść na konferencję i trochę się dokształcić 🙂 . Żeby dojść do budynku Uniwersytetu gdzie odbywa się konferencja musimy przespacerować się przez park, jest to akurat najkrótsza droga. Park piękny, zadbany mnóstwo zabytków.

Po dotarciu na miejsce byłyśmy rozczarowane warunkami w jakich zostały zorganizowane referaty. Po wejściu do sali okazuje się, że to po prostu biblioteka gdzie na jednym końcu sali siedzą tutejsi studenci, a na drugim „wybitni naukowcy” prezentują wyniki swojej ciężkiej pracy naukowej.

Drugiego dnia organizatorzy fundują nam wycieczkę do ruin rzymskiego pałacu Galeriusza – Gamzigrad – Romuliana wpisanego na listę obiektów Światowego Dziedzictwa UNESCO w Europie. Podróż tam trwa około 3 godziny, Przejeżdżamy przez piękne tamtejsze góry. Bardzo żałuję, że to nie góry są celem tej wycieczki. Nie pozostaje nic innego jak tylko podziwianie ich piękna przez okno autobusu.

Dojeżdżamy na miejsce, zabytek usytuowany jest w zasadzie pośrodku niczego. Wchodzimy do środka i zwiedzamy ruiny. Nie porywają nas bardzo być może dlatego, że tak naprawdę nie ma osoby, która by nas oprowadziła i opowiedziała historię tego miejsca. Na pewno jest to dziedzictwo i to co robi wrażenie to zachowane mozaiki i pozostałe elementy pałacu zachowane w bardzo dobrym stanie. W drodze powrotnej do Niszu znowu towarzyszy nam deszcz, który pozostaje z nami aż do wieczora. Po powrocie decydujemy, że zostajemy dzisiaj w hotelowym pokoju i odpoczywamy. Mi zdecydowanie nie nudzi się ponieważ za tydzień czeka mnie egzamin więc się trochę uczę.

Dnia trzeciego idziemy na konferencję, a po lunchu, idziemy do wieży czaszek. Aby tam dojść wybieramy opcje wędrówki wzdłuż rzeki zamiast przez ulicę miasta. okolica piękna. Tylko ktoś źle spojrzał na mapę i stwierdził, że to blisko, a jednak rzeczywistość była inna po dotarciu wszyscy byli już wykończeni,  a tu jeszcze czeka nas powrót. Wieża czaszek jak sama nazwa wskazuje jest to wieża zbudowana z ludzkich czaszek. Historię  tej wieży opowiada nam Serb, który tam pracuje. Są to czaszki Serbów, którym zostały ścięte głowy na rozkaz generała Tureckiego po bitwie, w której zginęli. Zrobił to ze złości gdyż w tej bitwie również zginęła duża liczba Turków, a wszystko to stało się z powodu wysadzenia magazynku z bronią przez Serbskiego generała, który w obliczu klęski swojej i swoich ludzi podjął taką decyzję, sam też zginął w efekcie wybuchu. To co przeraża w tej wieży to to, że ludzie są zdolni do takich czynów żeby ściąć głowy poległym przeciwnikom, oskalpować i postawić z nich wieże ku przestrodze. Co prawda w wieży czaszek już niewiele zostało jednak po wysłuchaniu historii na temat jej powstania dostaję się gęsiej skórki.

Niestety nie możemy i nie chcemy skorzystać z komunikacji miejskiej bo ani nie znamy przystanków ani cyrylicy, w której wszystko jest podpisane. No ale dajemy radę i jakoś udaję nam się wrócić.

Dzień – 4 jest to ostatni dzień konferencji, w tym dniu prezentuję swoją prezentację, która jak się potem okazuje wygrywa nagrodę na najlepszą prezentację wśród studentów 🙂 . Wieczorem postanawiamy iść nad rzekę, wzdłuż, której w centrum miasta ciągną się schody jak w amfiteatrze, które są miejscem wieczornych spotkań tubylców. Jak na kraj, o którym mówi się różne rzeczy, to muszę powiedzieć, że spotkania nad rzeką naprawdę różnych ludzi nie kończą się burdami i kłótniami tak jak u nas tylko wszyscy kulturalnie siedzą rozmawiają, grają na gitarze. I dobiegł koniec naszej przygody tutaj, a może i jeszcze nie. Do Polski wracamy samolotem z Belgradu. Na lotnisku organizacja fatalna na początku nie możemy znaleźć miejsca gdzie możemy odebrać karty pokładowe bardzo dziwnie jest oznaczone to lotnisko. w końcu nam się udaje. Po dotarciu do właściwej bramki okazuje się, że odprawa celna jest przed każdą bramką nie tak jak u nas jedna. U nich na lotnisku jest tak, że bramki podzielone są tak, że znajdują się na dwóch przeciwnych końcach lotniska. I dzięki temu nie ma nagłośnienia takiego, żeby słyszeć wszystkie komunikaty na wszystkich bramkach. Dzięki temu na 15 minut przed naszym lotem dowiadujemy się, ze nasz samolot odlatuje nie z tych bramek, na których teraz jesteśmy i to tylko dzięki uprzejmości chłopaka z Polski który też był na konferencji i przez przypadek jak był w łazience usłyszał komunikat i po nas przyszedł. Więc biegniemy na drugi koniec lotniska, a tu po raz kolejny odprawa celna przed bramkami. No ale się udało startujemy opóźnieni 15 minut, ale się udało.

 

3 maja 2014 – Jagodna – zimowe oblicze

Wstajemy rano i własnym oczom nie wierzymy na zewnątrz jest biało, a jest 3 maja :). Wiemy, że prognozy mówiły, że ma się ochłodzić, ale nie myśleliśmy, że naprawdę spadnie śnieg !!!

Jak widać niektórzy spali w namiotach i chyba śnieg to nie była dla nich zbyt miła niespodzianka tego ranka :-p . Dzisiaj postanawiamy w związku z tym zwiedzić twierdzę w Kłodzku. Zanim dochodzimy nad samą twierdzę wchodzimy do nowo otwartej podziemnej trasy, której szczerze nie polecamy kosztuje 20 zł. Tandetność trasy jest przerażająca, wystawy z manekinów za kratami to tak jakbyśmy wracali do epoki noszenia kapci w muzeum. Na samej twierdzy decydujemy się na zwiedzenie tylko trasy podziemnej ze względu na pogodę i ciągle padający deszcz. Zwiedzenie twierdzy możemy polecić z czystym sercem. Jest ciekawa i przewodnicy, którzy oprowadzają turystów bardzo się angażują, żeby wszystkim się podobało. Niestety w sezonie trzeba odstać swoje w kolejce zanim będzie można wejść do środka.