Różowe piaski Elafonisi i słońce kryjące się wśród morza wrót

Elafonisi jedna z piękniejszych i najbardziej niebanalnych plaż, którą oglądały nasze oczy. Po ciężkim dniu na Psiloritis postanowiliśmy wygrzać się i odpocząć dzisiaj na plaży i nie robić zbyt wiele oprócz podziwiania i radowania naszych oczu nową porcją niezapomnianych widoków. Na Elafonisi może wybrać się każdy nie trzeba mieć samochodu, dojeżdżają tu również regularne autobusy transportu publicznego Krety. Widok różowego piasku na plaży naprawdę robi wrażenie. Jednak ten charakterystyczny kolor piasku wiąże się już nie z tak kolorową historią. Zdarzenia, które miały tu miejsce w 1824 roku dnia 24 kwietnia pozostawiły na zawsze o sobie pamięć na kartach różowego piasku. Historia donosi, że w tym dniu odziały Tureckie pod dowództwem Ibrahima brutalnie wtargnęły na tutejszą ziemię i wymordowały wszystkie kobiety i dzieci szukających tu schronienia. Plaże spłynęły ich krwią i od tego dnia piasek ma barwę różową. Z Chani docieramy tu jadąc drogą w głąb lądu przez Potamide i Elos. Po drodze w Potamidzie zatrzymujemy się aby obejrzeć piramidy ziemne, taki dziw natury dla ciekawskich.

Po dotarciu na miejsce samochód zostawiamy na bezpłatnym ogromnym parkingu  niedaleko plaży. Sama  plaża jest duża oczywiście są też tradycyjnie leżaki płatne 5 euro za dzień oraz całe zaplecze, bary, prysznice wszystko co potrzeba. My wybieramy miejsce pod drzewem w cieniu, który jest tu na wagę złota i relaksujemy się. Podziwiając niecodzienny kolor piasku.

W drodze powrotnej odwiedzamy Klasztor Chrysoskalitissa, jak we wszystkich klasztorach na Krecie obowiązuje tam odpowiedni ubiór i zakaz fotografowania wewnątrz. Aby dotrzeć do klasztoru trzeba pokonać 99 stopni schodów, z czego ostatni stopień jest złoty jednak to widoczne jest tylko dla prawdziwie wierzących. Docieramy na górę widok stąd na morze jest przepiękny. Jak wszędzie w naszej wędrówce towarzyszy nam kot.

Tuż przy parkingu jest tablica informacyjna z opisem miejsca i tu mamy okazję doświadczyć dziwnego zjawiska. Kiedy mój mąż zaczął czytać informacje na głos na drzewie znajdującym się tuż obok zaczęły odzywać się cykady im głośniej mówił tym one były coraz głośniejsze, aż w końcu tak hałasowały, że przestaliśmy słyszeć własne myśli.

Dalej udajemy się nadmorską krętą drogą łączącą plażę Elafonisi z drugą znaną kreteńską plażą Fallasarną. Plaża słynie z najpiękniejszych na wyspie zachodów słońca, gdzie słońce zachodząc nurkuje w wodzie. Droga prowadząca do Fallasarny może i jest kręta i wiedzie zboczami stromych zboczy górskich, ale widoki jakie ma się tu okazję zobaczyć są bezcenne. Do Fallasarny docieramy akurat na przepiekny zachód słońca znikającego w falach Morza Śródziemnego.

Najwyższa góra Krety Psiloritis znana również jako Mount Ida lub Timios Stravos – 2456 m. n.p.m

Nasza Góra, gór. Czyli jednodniowa wyprawa na najwyższy szczyt Krety: Psiloritis (2456 m. n.p.m.), leżący w paśmie Gór Idi. Szczyt o trzech nazwach Psiloritis, Mount Ida i Timios Stravos. Jest to szczyt leżący na międzynarodowym długodystansowym szlaku E4. Nazwa góry Timios Stravos pochodzi od umiejscowionej na szczycie kapliczki będącej celem pielgrzymki wiernych w czasie Święta Podwyższenia Krzyża odbywającego się na Krecie w dniu 14 września. Wierni dzień wcześniej wieczorem udają się na szczyt góry gdzie nocują w zbudowanych przez siebie legowiskach, które są dziurami w ziemi otoczonymi murkiem zbudowanym z kamieni i przykryte folią.

Na szczycie w kapliczce odbywa się nabożeństwo. Następnego dnia ludzie schodzą z góry i w tym dniu postanawiamy wejść na szczyt. Na co dzień niewielu turystów widuje się na szlaku, dlatego wybór daty naszej wędrówki pada na dzień tego Święta, ponieważ szlak nie jest zbyt dobrze oznaczony, a w tym dniu nie będziemy raczej sami na szlaku, a co za tym idzie istnieje mniejsze prawdopodobieństwo zgubienia przez nas szlaku. Nasza wędrówka rozpoczyna się na płaskowyżu Nida (1400 m. n.p.m.) skąd wiedzie również szlak do Jaskini Ida, która jest jedną z dwóch jaskini Zeusa. Aby dojechać do płaskowyżu z drogi krajowej E 75 należy się kierować w Panormos na Roumeli. Dalej trzeba zjechać na miejscowość Anogia, my kierowaliśmy się na Anogie przez Garazo. Z Anogi już dalej na południe na płaskowyż Nida. Na końcu drogi asfaltowej gdzie zaczyna się droga szutrowa jest miejscowa Tawerna, i obok niej parking gdzie można zostawić samochód i udać się na wędrówkę czy to na Psiloritis czy do Jaskini Ida. Naszą wędrówkę rozpoczynamy wcześnie rano kiedy jeszcze nie ma tu śladu żywej duszy. Wyruszamy pod górę szlakiem E4 subtelnie oznaczonym dwoma kropkami na kamieniach w pewnych momentach w zbyt dużych odstępach od siebie. Na szczyt do pierwszej przełęczy kierujemy się szlakiem E4, a dalej postanawiamy iść szlakiem wyznaczonym ustawionymi kopczykami z kamieni przez miejscowych i turystów niegdyś tu idących. Ten wariant trasy prześledziliśmy bardzo dokładnie na mapie. A drogę wskazuje nam też trasa wgrana w GPSa na podstawie tras, którą ktoś był uprzejmy zamieścić w internecie :-).

Szlak na szczyt jest długi i trzeba mieć świadomość tego, że przejście tylu kilometrów w gorącym kreteńskim słońcu nie jest dla każdego. Podstawą jest duża ilość wody my mieliśmy po 3 litry na głowę. Droga na szczyt wije się grzbietami monotonnego skalistego krajobrazu bez żadnej roślinności. Wszędzie kamienie, które wydają metaliczny dźwięk pod naciskiem naszych stóp i palące słońce.

Po przejściu jakichś 4 km powracamy na szlak E4 i tutaj spotykamy pierwszych ludzi schodzących ze szczytu są bardzo mili, pytają się skąd idziemy. W końcu po dłuższej chwili naszym oczom w oddali ukazuje się cel naszej podróży. Aby go ujrzeć wiele szczytów i przewyższeń trzeba pokonać. Ale mimo wszystko warto. Kiedy docieramy na szczyt naszym oczom ukazują się przepiękne widoki i wita nas radosny chłodny wiatr, który jest muzyką dla naszych serc 😉 . Na szczycie jest zaledwie 10 stopni C jest to miła ochłoda. Kamienna kapliczka góruje na szczycie dodając mu uroku i tajemniczości. Przejrzystość powietrza dzisiejszego dnia pozwala nacieszyć oczy niecodziennym widokiem morza ze szczytów gór.

Niestety pora wracać, a przed nami jeszcze długa droga powrotna i trzeba zdążyć przed zmrokiem. Wracamy tym razem drogę powrotną wyznacza nam szlak E4. Dosyć niefortunnie oznaczony, bo ktoś kto malował te dwie słynne kropki to oznaczając szlak chyba szedł pod górę, my schodząc w dół oznaczenia szlaku widzimy dopiero wtedy kiedy się odwrócimy. Naprawdę trzeba bardzo uważać na szlak, my niestety po długiej wędrówce szlakiem który schodzi doliną, trochę zmęczeni gubimy go idąc naprzód ścieżką, na której są od czasu do czasu maźnięte czerwone strzałki co niestety na naszą zgubę nie jest oznaczeniem szlaku. Trafiamy na drogę, która wiedzie do jakiejś chatki wśród tego pustkowia i jak się okazuje jesteśmy całkowicie z boku szlaku. Nasz szlak musiał odbić dużo wcześniej w bok kierując się lekkim podejściem do przełęczy od której zaczynaliśmy wyprawę. To samo potwierdza odłożony na chwilę GPS. Opcje teraz mamy dwie, azymutem kierować się na przełęcz lub nadrabiać drogi o dobre parę kilometrów cofając się i szukając miejsca gdzie szlak odbijał w lewo. Nie wiedząc jaką opcję wybrać podchodzimy do chatki wita nas jakiś młody chłopak, który kompletnie nie mówi po angielsku, ale pierwsze o co pyta widząc nas to czy chcemy zapalić, kiedy mówimy że nie to dopiero sprawą drugorzędną dla niego jest to czy może chcemy wodę 🙂 . Jakoś się dogadujemy mówimy, że zgubiliśmy szlak i gdzie chcemy dojść. Nieznajomy podnosi kamień i rzuca nim w kierunku, w którym musimy pójść, żeby trafić do doliny, którą idzie nasz szlak. Postanawiamy przejść grzbiet i iść we wskazanym kierunku aż dojdziemy do naszego szlaku. Udaje się, ale nie polecamy tego sposobu. Żeby dojść do naszego szlaku musimy zejść do doliny dość stromym rumowiskiem. Całe zbocze jest pokryte gruzowiskiem jest dosyć stromo i każdy nasz krok powoduje obsuwanie się kamieni do tego wszędzie wokół są te kujące krzaki, których kolce przebijają się nawet przez porządne trekingowe buty. Schodząc wieloma zakosami udaje nam się bezpiecznie zejść do doliny i powrócić na szlak. Z perspektywy czasu wiemy, bo jesteśmy mądrzejsi o nasze doświadczenia, że powinniśmy wrócić i szukać miejsca gdzie zgubiliśmy szlak. No, ale nie zrobiliśmy tego, zaoszczędziliśmy trochę kilometrów, ale najedliśmy się też trochę strachu bojąc się że zejście będzie zbyt strome. Mieliśmy szczęście bo wróciliśmy szczęśliwie, ale mogło to się skończyć różnie.

Tak wyglądało zbocze, którym zeszliśmy. Na zdjęciu nie wygląda tak groźnie jak w rzeczywistości. Po dojściu do szlaku zostało nam jeszcze trochę do przejścia.

Na koniec widok na płaskowyż Nida. Dzisiaj mogę powiedzieć, że warto było wejść na szczyt, a wspomnienia na zawsze pozostaną w naszych głowach 🙂 . Serdecznie polecamy.

Nasza trasa, na koniec z lekkim błądzeniem: