Dotarcie na start Camino de Santiago na początek Drogi Francuskiej zaplanowaliśmy przez Paryż. Do Paryża mieliśmy dostać się samolotem LOT’u z Warszawy i dalej pociągiem TGV do Bayonne i lokalnym pociągiem bezpośrednio do Saint Jeant Pied de Port SJPdP. Zarówno bilet na lot jak i na pociąg kupiliśmy z wyprzedzeniem. Bilet na TGV przyszedł nawet do nas do domu w formie papierowej. Cały nasz misterny plan jednak musiał zostać zmodyfikowany ze względu na bardzo duże ponad 3 godzinne opóźnienie lotu. Tego samego dnia udało nam się dotrzeć do Bayonne kolejnym popołudniowym pociągiem. Tutaj przenocowaliśmy w Hotelu de la Gare i następnego dnia pierwszym pociągiem rano wyruszyliśmy do Saint Jeant Pied de Port.
Na miejscu byliśmy ok. godz. 9. Pierwszym obowiązkowym punktem było biuro pielgrzyma. Tam nabyliśmy nasze paszporty i piękną naturalną muszle pielgrzyma za donativo czyli co łaska. Na szlak wyruszyliśmy dopiero koło 10. Według wszystkich przewodników jest to najtrudniejszy technicznie i fizycznie fragment drogi francuskiej prowadzącej przez Pireneje do Santiago. Z perspektywy czasu powiem, że nie jest to prawdą, najbardziej wymagające dni miały być wtedy jeszcze przed nami. Głównie związane jest to z tym, że pierwszego dnia wszyscy są wypoczęci, pełni zapału niestrudzeni poprzednimi kilometrami, a wędrówka pomiędzy górami i piękne krajobrazy dodają dodatkowej siły na pokonanie wzniesień. Odcinek ten zajmuje według przewodników od 7 do 9 godzin. My szliśmy równo 8 godzin, wybierając przy końcowej części drogę lekko dłuższą, ale o mniejszym nachyleniu terenu podczas zejścia do klasztoru. Zresztą był to wybór, do którego również zachęcali nas w biurze pielgrzyma ze względu na zdarzające się wypadki na stromym zejściu przez las.
Pierwsza część wędrówki to oczywiście wspinanie się na kolejne metry wysokości. Można zrobić sobie chwilę przerwy po 8 km w Abergue Orisson, lub nawet zostać tutaj na noc i podzielić sobie ten etap na mniejsze odcinki. To Albergue to ostatnie miejsce gdzie można coś jeszcze zjeść przed Roncesvalles. Warto tam też uzupełnić zapasy wody. Potem jest jeszcze tylko jedno źródło już na granicy francusko- hiszpańskiej. Mieliśmy szczęście i cały czas mieliśmy dobrą pogodę. Nie było za gorąco, a co najważniejsze nie padał deszcz. Chociaż z tym słońcem to jest tak, że nawet jak wychodzi tylko na chwilę zza chmur to trzeba uważać, żeby się nie spalić. Łukasz oczywiście już pierwszego dnia zafundował sobie piękną czerwoną skarpetkową opaleniznę, która prześladowała go jeszcze potem przez kilka kolejnych dni. Ponieważ większość pielgrzymów wyruszyła wcześniej to na szlaku nie było zbyt wielu ludzi. Czasami mijaliśmy pojedyncze osoby. Za to pięknych górskich widoków mieliśmy tutaj mnóstwo. Na samej granicy francusko – hiszpańskiej spotkaliśmy pielgrzyma, który z GPS’em w ręku świętował i oznajmił nam, że właśnie wkroczyliśmy do Hiszpanii i od teraz możemy pozdrawiać spotykanych pielgrzymów pozdrowieniem hola lub buenos dias zamiast bonjour. Tutaj też minęliśmy ostatnie źródło wody. Nie skorzystaliśmy z niego pewni, że w naszych camelbag’ach jest jeszcze spory zapas. Trochę było to założenie na wyrost i oczywiście zabrakło nam wody, ale nie nie umarliśmy z pragnienia ;-).
Po długiej wędrówce pod górę dotarliśmy na przełęcz Lepoeder. Tam ujrzeliśmy w oddali klasztor w Roncesvalles. Widok pięknego klasztoru robi wrażenie. Schodzimy powoli. Klasztor przybliża się do nas z każdym krokiem. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że jest to duże, czyste i zadbane schronisko. Miejsc w nim raczej rzadko brakuje, bo jest ich tam aż 180. Jest kuchnia, pralnia, suszarnia czyli wszystko czego potrzebuje nowoczesny pielgrzym. Oczywiście jest też Wi-Fi, ale jak się potem okaże jest to standard i w każdym schronisku jest internet, dodatkowo najczęściej za darmo. Niestety nie ma tutaj żadnego sklepu więc jak chcę się coś ugotować samemu, a nie korzystać z menu peregrino lub pobliskich restauracji to trzeba o zakupach pomyśleć jeszcze przed wyruszeniem na trasę. Wieczorem odbyła się msza w kościele ze specjalnym błogosławieństwem dla pielgrzymów w kilku językach. Była też wyczytana liczba przybyłych tego dnia do albergue pielgrzymów z poszczególnych krajów.
Tego dnia spotkaliśmy jeszcze dwie rodaczki z Polski, z którymi jak się potem okaże będziemy świętować ukończenie naszego Camino w samym Santiago. Nasz pierwszy dzień był długi, przez późniejszy niż planowaliśmy start, więc za długo nie pocieszyliśmy się tutejszym otoczeniem. Zmęczenie i głowa pełna wrażeń pozwoliły nam bardzo szybko zasnąć.