Wiem wiem minęło dużo czasu od ostatniego wpisu. Wszystko przez to zabieganie, ale od dzisiaj nadrabiam wszystkie zaległości. Teraz kiedy życie zwolniło doszło do mnie jak bardzo tęsknie za spokojem Camino, za ludźmi za prostą drogą przede mną. Jak bardzo brakuje mi codziennych poranków z myślą ile km dzisiaj przed nami ? Co przyniesie droga?
Dwunasty dzień na Camino był jednym z chłodniejszych. Gdy tylko wyszliśmy z albergue o jakiejś 6 rano tuż za miejscowością spotkaliśmy Matta – nowojorskiego fotografa, który szedł w przeciwnym kierunku i tak się ucieszył, że nas zobaczył bo nie mógł znaleźć żadnych żółtych strzałek i był tak smutny bo myślał, że zgubił drogę. Nas jak zwykle w takich sytuacjach ratował GPS :). Dalej wędrowaliśmy już razem potem dołączając do reszty, szliśmy rozmawiając i śmiejąc się. Tematem przewodnim była piosenka z reklamy żelków Haribo. Szliśmy śpiewając ją w różnych językach. Polska wersja okazała się najtrudniejsza do powtórzenia ;-). Tego dnia minęliśmy Burgos, z jego zapierającą dech katedrą. Postanowiliśmy nie zostawać w tym zatłoczonym mieście i poszliśmy do miejscowości dalej licząc trochę na odrobinę spokoju.
Porady praktyczne:
Wybraliśmy albergue „La Fabrica” trochę obok szlaku w starym budynku, który został odremontowany i w zasadzie pełni rolę hotelu. Część pokoi funkcjonuje jako albergue. Było to chyba albergue o najwyższym standardzie w jakim spaliśmy. Łóżka oczywiście były piętrowe jak przystało na albergue, ale za to czysta pościel, łazienka w pokoju. A to co było największym zaskoczeniem to telewizor na ścianie. Nie ma tutaj kuchni więc można zjeść korzystając z oferty hotelu. Najbliższy sklep też był kawałek drogi od albergue, ale i tak miło wspominamy tam nasz pobyt.