Iść ciągle iść. Wąwóz Samaria.

Początkowo planowaliśmy do wąwozu Samaria dostać się na własną rękę transportem publicznym. Jednak dzięki pewnemu miłemu Belgowi, który był naszym sąsiadem, wybraliśmy poleconą przez niego tutejsze biuro turystyki. Cena wycieczki w biurze Attios Travel Agency (centrum Chani), była identyczna z ceną jaką byśmy zapłacili jadąc na własną rękę i kupując bilety. Więc wybieramy się do biura i wykupujemy wycieczkę. Autobus biura podjeżdża po nas pod hotel o 5 rano. Jakie jest nasze zaskoczenia kiedy oprócz przywiezienia i odwiezienia dostajemy prawdziwego przewodnika piechura, który nam o wszystkim opowiada przestrzega i pilnuje od początku do końca 🙂 .  Do wejścia do wąwozu nasz autokar dojeżdża jako pierwszy więc mamy ten komfort, że oprócz naszych współtowarzyszy autobusowych w wąwozie idziemy w naprawdę małym towarzystwie. Co wiadomo często się nie zdarza ponieważ to miejsce odwiedzają dziennie tysiące turystów.

Po drodze mijamy mnóstwo poustawianych kopczyków przez turystów, które przypominają nam te towarzyszące podczas drogi na Psiloritis.

Po około dwóch i pól godzinie drogi wśród cudów natury docieramy do półmetka gdzie mamy okazje zobaczyć słynne kozy Kri Kri. Jak widać na zdjęciu i te skaczące i te już trochę nadgryzione zębem czasu. Kozy są niesamowite jest tu jeszcze mało ludzi więc całkiem śmiało podchodzą żeby chapnąć coś do jedzenia.

Dalej w drogę. Dzięki temu, że dojechaliśmy tutaj tak wcześnie to mamy komfort wędrowania w cieniu. Słońce nas dopiero spotka tuż z najsłynniejszym odcinkiem wąwozu.

Po drodze mija się kilka przystanków, na których można odpocząć ochłodzić się, uzupełnić zapasy wody, ponieważ woda tutaj jest zdatna do picia, no i skorzystać z toalet.

Tuż przed najwęższym miejscem wąwozu Samaria co chwilę rozstawione są tabliczki ostrzegające przed spadającymi kamieniami i informujące o tym, że należy poruszać się w tym miejscu szybko i nie zatrzymywać się.

Wędrówka jest długa, ale warta wysiłku dla niezapomnianych widoków, w końcu to najdłuższy wąwóz w Europie. Sama wędrówka zajmuje około 5- 6 godzin, ale za to cały czas idziemy w dół, ponieważ wejście jest położone w najwyższym punkcie wąwozu. Opcja naszej wycieczki przewidywała powrót statkiem z Agia Roumeli. Po dotarciu do końca wąwozu mamy jeszcze dużo czasu do powrotu dlatego postanawiamy ochłodzić się w morzu. Dla odmiany piasek na plażach tutaj jest czarny i wyjątkowo mocno parzy stopy, pewnie ze względu na kolor 😉 . Sama woda tutaj jest tak krystalicznie czysta i pełna ryb, że nie możemy się nacieszyć tą chwilą.

 Po odpoczynku udajemy się promem do sąsiedniej miejscowości Sougia, gdzie czeka na nas autokar który odwozi nas do hotelu.

Wśród krętych uliczek Rethymnonu

Wracając z jaskini Melidoni zatrzymujemy się w Rethymnonie z planem zwiedzenia miasta, znajdującej się tu fortecy, i słynnej przystani z latarnią morską w tle. Kiedy docieramy do miasta jest pora popołudniowa ze słońcem w pełni. Samochód parkujemy w wąskich uliczkach wokół starego miasta jakieś 2 km od fortecy. Nasz leniwy spacer uliczkami starego miasta staramy się pokonywać w towarzyszącym nam cieniu okolicznych budynków, ze względu na palące słońce. Wędrujemy wolno podziwiając tutejsze kwieciste typowo grecki uliczki. Towarzyszą nam też koty, które nadzwyczaj upodobały sobie mojego męża, który ma alergie na ich sierść. Jednak one nie zważając na to bez pytania z wszystkim znana bezczelnością wykorzystuję jego nogi, żeby się połasić i wymusić pogłaskanie 🙂 .

Naszym pierwszym miejscem, które chcemy zobaczyć jest forteca (fortezza). Pochodzi ona z czasów świetności miasta kiedy rządzili nim wenecjanie. Zbudowali oni fortecę, która miała chronić miasto przed piratami, między innymi słynnym piratem Barbarossą i wciąż rosnącym imperium Tureckim. Warto zwiedzić fortece, wstęp jest płatny 4 euro, ale dla studentów po okazaniu legitymacji i dzieci bezpłatnie. Przed bramą wita nas Grek grający na Mandolinie. Obszar, na którym leży forteca jest dość duży i proponujemy zarezerwować sobie na zwiedzanie trochę czasu. Spacer po starych weneckich murach to nie tylko kawałek historii, ale też i przepiękne widoki na rozciągające się w dole morze i chłodzący podmuch wiatru.

Kolejnym punktem must see na mapie Rethymnonu jest latarnia morska i stary port z mnóstwem lokali, a w każdym z nich wystawione ryby oraz owoce morza na pokaz naszych oczu smakowicie zachęcające do wejścia. Dalej wędrujemy uliczkami w kierunku fontanny Rimondi i powolnym krokiem kierujemy się do samochodu.

Wieczorem po powrocie w nagrodę po naszych wędrówkach udajemy się do lokalnej tawerny Dimitris and Sakis tuż obok naszych pokoi. Lokal sam w sobie w miarę sympatyczny prowadzony przez dwójkę przyjaciół urządzony w typowym greckim stylu. Jeżeli chodzi o ceny to nie zaskakują są na poziomie wszystkich okolicznych lokali. Jedzenie dobre, ale w następnym poście opisze miejsce, w którym  można zjeść naprawdę dobre lokalne potrawy, za niewielką cenę.