Dolina Chochołowska, Grześ, Rakoń, Wołowiec, Ostry Rohacz

Wstawaj szkoda dnia … Drugiego dnia wstajemy wcześnie, bo w tym roku prognozy pogody nie są zbyt korzystne. Ta na dzisiaj mówi, że jakoś po 12 ma zacząć padać. Swoją wędrówkę rozpoczynamy od żółtego szlaku prowadzącego na Grzesia, szczyt, który w zeszłym roku nie uraczył nas widokami bo dotarliśmy tam w ulewie i chmurach. Dzisiejszej wędrówce na Grzesia na szczęście towarzyszy nam słońce zdobywamy wysokość i docieramy do szczytu. Jakież wielkie jest nasze zaskoczenie gdy okazuje się, że w zeszłym roku był tak słaba widoczność, że na samym szczycie pogubiliśmy się i w rzeczywistości nie zdobyliśmy szczytu tylko słupek graniczny stojący tuż obok szczytu 😛 . A dzisiaj widoki przepiękne 🙂 .

Kolejnym szczytem dzisiejszego dnia jest Rakoń. Wędrówka niebieskim szlakiem jest miła i przyjemna na szlaku jesteśmy praktycznie sami tylko gdzieś tam w oddali widać sylwetki innych osób. Zdobywamy Rakoń, z którego idziemy dalej na Wołowiec. A już stąd po krótkim odpoczynku podejmujemy decyzję o przejściu na słowacką stronę i zdobyciu Ostrego Rohacza. Pasmo Rohaczy robi naprawdę imponujące wrażenie na tle polskich Tatr zachodnich. Podejście już pod sam szczyt pnie się w górę po skałach trzeba trochę się po wspinać z wykorzystaniem rąk ta część podejścia jest naprawdę fajna . Jednak na samym końcu dosłownie parę metrów przed szczytem są łańcuchy i o ile pierwszy to zwykły łańcuch do podejście po stromej skale o tyle dalej trasa robi na nas wrażenie. Bo trzeba przejść przez skalną półkę, na której jest dosłownie parę centymetrów na stopę trzymając się łańcucha idącego w poprzek skały, a w dole przepaść wielka tak, że jak ci się noga powinie to będzie się długo leciało w dół. Na tym kończymy naszą wędrówkę na Rohacze. Czas na powrót bo prognoza jest nieubłagana. Żeby dojść do szlaku prowadzącego w dół do schroniska musimy wdrapać się z powrotem na Wołowiec. Schodząc słyszymy już grzmoty, a że ja się boję burz cieszę się, że już nie zostało na daleko do schroniska. Tego dnia pogoda nam pozwoliła zobaczyć kawał pięknych widoków, a o to dowody naszej wędrówki 🙂 .

Dolina Chochołowska

Nastał długo wyczekiwany pierwszy dzień naszego urlopu w Tatrach. Wstajemy rano, wcześnie rano i o 4  już ruszamy w drogę, żeby dojechać o w miarę sensownej porze bo dzisiaj czeka nas jeszcze wędrówka do schroniska na Polanie Chochołowskiej. O godzinie 5:30 jesteśmy na wysokości wjazdu na A1 i tam już jest całkiem niezły korek utworzony przez samochody ludzi ciągnących nad morze. Mam nadzieję, że nas nie będzie czekał taki sam los na zakopiance. Niestety gdy dojeżdżamy do zakopianki przed nami sznur samochodów więc decydujemy się na objazd przez Mszanę Dolną. No i ileś kilometrów dalej w końcu dojeżdżamy od strony Czarnego Dunajca do wlotu Doliny Chochołowskiej. Naszym oczom ukazuje się widok połamanych jak zapałki drzew po halnym, który tutaj przeszedł. Pierwszy raz widzę ogrom połamanych drzew na własne oczy, a nie w ekranie telewizora. Samochód parkujemy w Zajeździe Józef. Jest to w miejscu gdzie rozpoczyna się szlak zielony prowadzący do schroniska. Bez problemu można zostawić tam samochód trzeba tylko pójść do gospodarzy zapytać czy można i zapłacić 10 zł za dobę. W zamian samochód stoi bezpieczny na parkingu tuż pod nosem gospodarzy. Stąd wyruszamy na szlak, który doprowadzi nas do schroniska. Dzisiejszy dzień jest słoneczny i nie ma w prognozie śladu deszczu na dzisiaj.  Po paru przystankach na zdjęcia i na delektowanie się pierwszym dniem w górach docieramy do celu. Bierzemy kluczyk od pokoju zarezerwowanego pół roku wcześniej rozpakowujemy i schodzimy na dół rozkoszować się schroniskową atmosferą.