Najwyższa góra Krety Psiloritis znana również jako Mount Ida lub Timios Stravos – 2456 m. n.p.m

Nasza Góra, gór. Czyli jednodniowa wyprawa na najwyższy szczyt Krety: Psiloritis (2456 m. n.p.m.), leżący w paśmie Gór Idi. Szczyt o trzech nazwach Psiloritis, Mount Ida i Timios Stravos. Jest to szczyt leżący na międzynarodowym długodystansowym szlaku E4. Nazwa góry Timios Stravos pochodzi od umiejscowionej na szczycie kapliczki będącej celem pielgrzymki wiernych w czasie Święta Podwyższenia Krzyża odbywającego się na Krecie w dniu 14 września. Wierni dzień wcześniej wieczorem udają się na szczyt góry gdzie nocują w zbudowanych przez siebie legowiskach, które są dziurami w ziemi otoczonymi murkiem zbudowanym z kamieni i przykryte folią.

Na szczycie w kapliczce odbywa się nabożeństwo. Następnego dnia ludzie schodzą z góry i w tym dniu postanawiamy wejść na szczyt. Na co dzień niewielu turystów widuje się na szlaku, dlatego wybór daty naszej wędrówki pada na dzień tego Święta, ponieważ szlak nie jest zbyt dobrze oznaczony, a w tym dniu nie będziemy raczej sami na szlaku, a co za tym idzie istnieje mniejsze prawdopodobieństwo zgubienia przez nas szlaku. Nasza wędrówka rozpoczyna się na płaskowyżu Nida (1400 m. n.p.m.) skąd wiedzie również szlak do Jaskini Ida, która jest jedną z dwóch jaskini Zeusa. Aby dojechać do płaskowyżu z drogi krajowej E 75 należy się kierować w Panormos na Roumeli. Dalej trzeba zjechać na miejscowość Anogia, my kierowaliśmy się na Anogie przez Garazo. Z Anogi już dalej na południe na płaskowyż Nida. Na końcu drogi asfaltowej gdzie zaczyna się droga szutrowa jest miejscowa Tawerna, i obok niej parking gdzie można zostawić samochód i udać się na wędrówkę czy to na Psiloritis czy do Jaskini Ida. Naszą wędrówkę rozpoczynamy wcześnie rano kiedy jeszcze nie ma tu śladu żywej duszy. Wyruszamy pod górę szlakiem E4 subtelnie oznaczonym dwoma kropkami na kamieniach w pewnych momentach w zbyt dużych odstępach od siebie. Na szczyt do pierwszej przełęczy kierujemy się szlakiem E4, a dalej postanawiamy iść szlakiem wyznaczonym ustawionymi kopczykami z kamieni przez miejscowych i turystów niegdyś tu idących. Ten wariant trasy prześledziliśmy bardzo dokładnie na mapie. A drogę wskazuje nam też trasa wgrana w GPSa na podstawie tras, którą ktoś był uprzejmy zamieścić w internecie :-).

Szlak na szczyt jest długi i trzeba mieć świadomość tego, że przejście tylu kilometrów w gorącym kreteńskim słońcu nie jest dla każdego. Podstawą jest duża ilość wody my mieliśmy po 3 litry na głowę. Droga na szczyt wije się grzbietami monotonnego skalistego krajobrazu bez żadnej roślinności. Wszędzie kamienie, które wydają metaliczny dźwięk pod naciskiem naszych stóp i palące słońce.

Po przejściu jakichś 4 km powracamy na szlak E4 i tutaj spotykamy pierwszych ludzi schodzących ze szczytu są bardzo mili, pytają się skąd idziemy. W końcu po dłuższej chwili naszym oczom w oddali ukazuje się cel naszej podróży. Aby go ujrzeć wiele szczytów i przewyższeń trzeba pokonać. Ale mimo wszystko warto. Kiedy docieramy na szczyt naszym oczom ukazują się przepiękne widoki i wita nas radosny chłodny wiatr, który jest muzyką dla naszych serc 😉 . Na szczycie jest zaledwie 10 stopni C jest to miła ochłoda. Kamienna kapliczka góruje na szczycie dodając mu uroku i tajemniczości. Przejrzystość powietrza dzisiejszego dnia pozwala nacieszyć oczy niecodziennym widokiem morza ze szczytów gór.

Niestety pora wracać, a przed nami jeszcze długa droga powrotna i trzeba zdążyć przed zmrokiem. Wracamy tym razem drogę powrotną wyznacza nam szlak E4. Dosyć niefortunnie oznaczony, bo ktoś kto malował te dwie słynne kropki to oznaczając szlak chyba szedł pod górę, my schodząc w dół oznaczenia szlaku widzimy dopiero wtedy kiedy się odwrócimy. Naprawdę trzeba bardzo uważać na szlak, my niestety po długiej wędrówce szlakiem który schodzi doliną, trochę zmęczeni gubimy go idąc naprzód ścieżką, na której są od czasu do czasu maźnięte czerwone strzałki co niestety na naszą zgubę nie jest oznaczeniem szlaku. Trafiamy na drogę, która wiedzie do jakiejś chatki wśród tego pustkowia i jak się okazuje jesteśmy całkowicie z boku szlaku. Nasz szlak musiał odbić dużo wcześniej w bok kierując się lekkim podejściem do przełęczy od której zaczynaliśmy wyprawę. To samo potwierdza odłożony na chwilę GPS. Opcje teraz mamy dwie, azymutem kierować się na przełęcz lub nadrabiać drogi o dobre parę kilometrów cofając się i szukając miejsca gdzie szlak odbijał w lewo. Nie wiedząc jaką opcję wybrać podchodzimy do chatki wita nas jakiś młody chłopak, który kompletnie nie mówi po angielsku, ale pierwsze o co pyta widząc nas to czy chcemy zapalić, kiedy mówimy że nie to dopiero sprawą drugorzędną dla niego jest to czy może chcemy wodę 🙂 . Jakoś się dogadujemy mówimy, że zgubiliśmy szlak i gdzie chcemy dojść. Nieznajomy podnosi kamień i rzuca nim w kierunku, w którym musimy pójść, żeby trafić do doliny, którą idzie nasz szlak. Postanawiamy przejść grzbiet i iść we wskazanym kierunku aż dojdziemy do naszego szlaku. Udaje się, ale nie polecamy tego sposobu. Żeby dojść do naszego szlaku musimy zejść do doliny dość stromym rumowiskiem. Całe zbocze jest pokryte gruzowiskiem jest dosyć stromo i każdy nasz krok powoduje obsuwanie się kamieni do tego wszędzie wokół są te kujące krzaki, których kolce przebijają się nawet przez porządne trekingowe buty. Schodząc wieloma zakosami udaje nam się bezpiecznie zejść do doliny i powrócić na szlak. Z perspektywy czasu wiemy, bo jesteśmy mądrzejsi o nasze doświadczenia, że powinniśmy wrócić i szukać miejsca gdzie zgubiliśmy szlak. No, ale nie zrobiliśmy tego, zaoszczędziliśmy trochę kilometrów, ale najedliśmy się też trochę strachu bojąc się że zejście będzie zbyt strome. Mieliśmy szczęście bo wróciliśmy szczęśliwie, ale mogło to się skończyć różnie.

Tak wyglądało zbocze, którym zeszliśmy. Na zdjęciu nie wygląda tak groźnie jak w rzeczywistości. Po dojściu do szlaku zostało nam jeszcze trochę do przejścia.

Na koniec widok na płaskowyż Nida. Dzisiaj mogę powiedzieć, że warto było wejść na szczyt, a wspomnienia na zawsze pozostaną w naszych głowach 🙂 . Serdecznie polecamy.

Nasza trasa, na koniec z lekkim błądzeniem:

Kreta – wędrujemy dalej: Ogród Botaniczny.

Ogród Botaniczny w okolicach Chani jest miejscem przepięknym i wypełnionym magią natury dlatego zasługuje na oddzielny post. Dla chętnych link do strony ogrodu http://www.botanical-park.com/  Na koniec dnia postanowiliśmy zwiedzić Ogród Botaniczny wybraliśmy na zwiedzanie porę wieczorną, ale aby wejść do ogrodu trzeba być minimum godzinę przed zamknięciem ogrodu. Jest tu naprawdę wiele ścieżek do przejścia więc proponujemy sobie zarezerwować tak z dwie godziny łażenia minimum. My dojeżdżamy z 1,5 godziny przed zachodem przyznam, że jest to pora idealna, żeby zwiedzać bo słońce już tak nie doskwiera i tłumów zwiedzających też nie widać. Jednak po ogrodzie nie można chodzić po zmroku także mamy ograniczony czas. Wstęp do ogrodu jest płatny, ale przy zakupie biletu w cenie dostajemy butelkę zimnej wody na drogę prosto z zamrażalnika. Jak dla nas to bajka 🙂 .  Sam właściciel na pierwszy rzut oka widać, że pasjonat. A po zwiedzeniu ogrodu widać, że miejsce to stworzyła osoba, która kocha naturę i dba o nią jak o własne dzieci. Aby tu dojechać z Chani należy się kierować na Omalos. W Fournes należ skręcić w prawo. Droga prowadzi cały czas w górę, a po drodze mijamy szereg znaków kierujących nas do ogrodu także naprawdę łatwo tam trafić. Po wejściu do ogrodu można zatopić się w barwnym świecie kolorowych kwiatów we wszystkich kolorach tęczy sprowadzonych tu z każdego zakątka świata. Można tu nawet spotkać polskie jabłonki. Każdy detal i każdy centymetr tego ogrodu widać, że jest przemyślany. Zanurzamy się w świecie przeróżnych zapachów. Każdy kwiat pachnie tutaj 10 razy mocniej niż taki zakupiony w kwiaciarni. To miejsce to naprawdę mały kawałek raju. Ani słowa ani zdjęcia nie oddadzą piękna tego miejsca także gorąco polecamy osobistą wizytę w tym magicznym zakątku. Ach no i w końcu tutaj spotykamy żółwie, których nie udało nam się zobaczyć płynąc rzeką żółwi.

Na samym dole ogrodu zrobione jest miejsce dla zwierząt, w którym można zobaczyć liczne okazy ptaków w tym wiele pawi, ale są tu także osiołki. Można tu także na chwilę przysiąść i odpocząć. My  niestety wędrujemy dalej gdyż czas nas goni.

Jest to ostatni punkt naszej dzisiejszej wędrówki, więc wracamy do pokoju, aby odpocząć przed kolejnym dniem pełnym wrażeń.